Otwarcie sezonu pstrągowego 2020

W piątek po południu wrzucam „graty” do samochodu, sprawdzam czy na pewno zabrałem najważniejsze rzeczy i ruszam. Przede mną kilku godzinna podróż by w sobotę z samego rana otworzyć sezon pstrągowy na jednej z najpiękniejszych rzek w Polsce.

            Drogę podzieloną mam na dwa etapy. Najpierw półtorej godziny do Łukasza, gdzie zostawiam samochód a później przepakowujemy się do samochodu Maćka i w pięciu ruszamy już w dalszą drogę.

            W aucie królują wędkarskie tematy. Pstrągi, lipienie, plany na majowe szczupaki. Kilometry uciekają i w końcu koło godziny 23 meldujemy się na miejscu.

Reszta ekipy już dawno rozgościła się na kwaterach. Rzucamy bagaże w pokojach i dołączamy do wesołego towarzystwa.

Mimo, że przez pół roku nie mogliśmy łowić pstrągów jakoś nie czuć presji by szybko iść spać by bladym świtem być już nad wodą. Nocne polaków rozmowy ciągną się jeszcze długo. W końcu jednak powoli się wykruszamy i lądujemy w łóżkach.

            W sobotę wstaję kilka minut po 7. Jak na pstrągi to późno, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że tu nie trzeba zrywać się o świcie i spokojnie ryby można łowić przez cały dzień. Przygotowuję sprzęt, herbatę do termosu. Powoli zaczynam się ubierać. W tym czasie część towarzystwa zaczyna przygotowywać śniadanie, poranną kawkę. Część szykuje się do oglądania konkursu skoków narciarskich w Sapporo.

            Tę rzekę odwiedziłem ostatni raz chyba z 15 lat temu. Pytam chłopaków gdzie iść najlepiej. Szybko dostaję dobre namiary. Zabieram kanapkę na drogę i ruszam.

            Jest świetnie, woda niska, klarowna, przyjemna temperatura. Ech żeby tylko brały. Miejscówki wskazane przez z najomych są zajęte przez innych wędkarzy, ale schodzę kilkadziesiąt metrów niżej i zaczynam łowić.

            Rzeka w tych miejscach jest płytka, trzeba namierzyć rynienki w których stoją ryby i próbować skusić je do brania.

Na pierwszy ogień idą jigi na lekkich czeburaszkach. Szybko trafiam dwa małe pstrągi, później cisza.

            Po około godzinie dzwoni Wojtek, który idzie w moim kierunku. Wracam zatem w górę rzeki i po chwili się spotykamy.

            Wojto najpierw sprawdza rynienkę przy brzegu, ,później wchodzi do wody (łowimy w spodniobutach), ustawia się na dobrej miejscówce i zaczyna łowić. Nie tylko rzucać ale co kilkanaście minut wyciąga kolejne ryby. Staję obok.

            Łowienie pstrągów to nie jest raczej towarzyska metoda. Dziś jednak Wojtek znalazł idealne miejsce by łowić ramię w ramię. Zmieniamy przynęty, żartujemy i co kilka minut mamy brania. Oczywiście nie wszystko udaje się zaciąć i ni wszystko udaje się wyholować. Cały czas jednak coś się dzieje.

            Przesuwamy się kilka metrów w dół czy w górę. Co jakiś czas jeden z nas robi sobie dłuższą wycieczkę. Cały czas jednak w jednej długiej rynnie mamy kontakty z pstrągami. Ryby nie powalają wielkością. Mimo wszystko decydujemy się pozostać w okolicy do końca dnia. W międzyczasie Wojtek przynosi z kwatery kanapki i piwko. Robimy przerwę.

            Dawno tak nie odpoczywałem. Piękne widoki, piękna rzeka, świetne towarzystwo i ryby. Aż się nie chce ruszać. Leżymy na brzegu popijamy piwko, zagryzamy kanapkami. Ech chce się żyć…

Dzień powoli zbliża się ku końcowi. Myśleliśmy że wieczorem uda złowić się coś większego. Niestety brania trochę „przygasają” i stwierdzamy, że na dziś wystarczy. Wprawdzie łowimy jeszcze pojedyncze ryby ale nie samym wędkarstwem człowiek żyje 🙂

            Wracamy.

Przy obiado kolacji krótki raport znad wody.  Każdy tego dnia właściwie dobrze połowił. Ryb było naprawdę sporo, trafiły się pojedyncze większe pstrągi, był jeden czy dwa duże lipienie. Żyć nie umierać!

W międzyczasie dociera jeszcze kilka osób, które nie mogły przyjechać w piątek wieczorem. Robi się gwarno i wesoło. Na stole ląduje pudło z ciekawymi przynętami, które mają się pojawić na naszym rynku niebawem. Widać, że ktoś nad nimi dobrze popracował. Materiał gum o niebywałej plastyczności, pływalność kosmiczna.

Częstujemy się, różnymi modelami by następnego dnia wypróbować nad wodą.

Jest naprawdę wesoło. Żarty, docinki, opowieści o tym jaki kto „progres” zrobił w łowieniu w ostatnim roku 😉 Brzuch bolał od śmiechu.

W końcu powoli jeden po drugim ląduje w łóżku. Jutro też jest dzień.

Widok na rzekę.
Piękne słońce o poranku, za chwilę zasnute chmurami i deszczem.

            Niedzielny poranek wita nas trochę dziwną pogodą.

Świeci słońce ale czuć jakby za chwilę miało zacząć padać. Woda w rzece jest już lekko „trącona”, sami jesteśmy ciekawi czy będzie to miało jakiś wpływ na brania. Nie spieszymy się. Wyłowieni dnia poprzedniego decydujemy się na zwiedzanie innych odcinków rzeki.

Jemy śniadanie i tym razem wsiadamy w auto by przejechać kilka kilometrów od kwatery.

            W miejscu, do którego dotarliśmy, nie łowiłem chyba nigdy. Woda fajna, sporo głębsza niż ta, na której byliśmy wczoraj. Zaczynamy tuż przy brzegu, schodzimy niżej i obławiamy rynnę przy niewysokiej burcie, by po kilku rzutach obłowić równą głębszą płań pośrodku rzeki.

            W końcu Maciek zapina rybę. Holuje powoli, szczytówkę trzymając blisko wody. Rybka jest zatem przyzwoita. Faktycznie, po kilku chwilach w podbieraku ląduje około czterdziesto centymetrowy tęczak. Wraca zapał.

Maciek, świetny pozytywny wędkarz, aż miło było podglądać

            Maciek idzie pierwszy, za nim Wotjo, ja trzeci. Z przyjemnością patrzę jak chłopaki łowią. Tu muszę dodać, że część ekipy to nie tylko wytrawni wędkarze ale i zawodnicy pierwszej ligi spinningowej z sukcesami na polu nie tylko krajowym ale i międzynarodowym. W skrócie: jest się od kogo uczyć.

            Na końcówce kolejnej rynny  mamy kilka brań, każdy wyciąga rybę. Później przechodzę na drugą stronę rzeki by obłowić głębsze miejsca między dużymi głazami. Brań niestety nie ma. Zmieniam miejscówkę wchodzę na środek rzeki i tam między trzema głazami prowadzę przynęty. W końcu są brania niestety trzy razy z rzędu pudłuję nie wyciągając ryby.

            Łowimy jeszcze chwilę na tym odcinku jednak be rezultatów. Decydujemy się na ostatnią zmianę miejsca. Wychodzimy z wody pakujemy się do auta i jedziemy.

Kolejne miejsca kolejne rzuty. Niestety ryby dziś są dużo bardziej chimeryczne. Do tego pogoda nie ułatwia nam sprawy. Wiatr coraz mocniej wieje i coraz trudniej kontrolować przynęty na lekkich główkach. W końcu widzę, że Wojtek zacina rybę. Hol w mocnym nurcie się przedłuża, więc idę w jego kierunku. Wygląda na to, że pod koniec łowienia będzie można strzelić jeszcze fotę z rybą. Okazuje się, że to również tęczak. Ryba fajna, ładnie walczyła.

Pstrąg złowiony zimą w dużej rzece
Ta ryba to nagroda za wytrwałość. Wielu opuściło by miejscówkę dużo szybciej!

Oddajemy jeszcze kilka kontrolnych rzutów i zbieramy się.

Towarzystwo też powoli zjeżdża na kwaterę. Kilka osób trafiło dobre miejsca, dobrze połowili w górnych partiach rzeki, czas przesuszyć spodniobuty, spakować wędki i ruszać w drogę powrotną by po kilku godzinach zameldować się w domu.

To  był naprawdę dobry wyjazd. Świetne towarzystwo, piękna rzeka i sporo ryb. Po powrocie do domu trzeba będzie jeszcze raz spojrzeć do pudełek, sprawdzić zestawy i na moich bezrybnych rzekach wypróbować nowe techniki J

A w kilku godzinną podróż nad tę piękną rzekę jeszcze postaram się wybrać w tym roku.

Marek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *